poniedziałek, 14 stycznia 2013

Part 5

Przypomnienie: 
Otworzyłem oczy. Pierwsze co poczułem to cholerny ból głowy. Odruchowo za nią złapałem, sycząc z bólu. Drugą rzeczą którą poczułem była ręka. Nie moja. Czyjaś. Kobieca. Rozejrzałem się po pokoju. To nie mój dom, ani nie Danielle. Odwróciłem głowę i zobaczyłem ją.
________

Miała zamknięte oczy i lekko rozchylone usta. Poduszka owinięta była kosmykami jej włosów. Twarz miała anielską. Patrzyłem na nią dość długi czas, lecz w końcu zdałem sobie sprawę co się dzieje. Odchyliłem lekko kołdrę. Jestem całkiem nagi. Mimo, że nic nie pamiętam, wszystko wygląda jednoznacznie. Zwłaszcza te ubrania porozrzucane po całym pokoju. "Cholera, cholera, cholera" wyklinałem w myślach. Walnąłem głową o poduszkę i złapałem się za głowę. To się nie dzieje naprawdę. Spojrzałem na nią jeszcze raz. Uśmiechała się lekko pod nosem. Ciekawe co jej się śni... Postanowiłem zebrać się w sobie i po prostu wyjść. Wyjść i udawać, że nic się nie stało. Ona się nigdy nie dowie i wszyscy będą szczęśliwi. Popatrzyłem w swoje prawo i zobaczyłem przewieszony przez krzesło szlafrok. Był różowy. Cóż...innego wyboru nie mam. Poza tym ubiorę go tylko na drogę.
-Jesteś dzielny Cesc, jesteś dzielny - mówiłem cicho pod nosem. 
Usiadłem na łóżku i sięgnąłem po niego. Nałożyłem na swoje nagie ciało i przyciągnąłem przepasanym na biodrach paskiem. Stanąłem obok lustra. Przejrzałem się kręcąc się dookoła. 
-W sumie.. Nie jest źle... - powiedziałam robiąc dziwne pozy. 
Pozbierałem swoje ubrania i na palcach podszedłem do drzwi. Otworzyłem je i cicho zamknąłem. Już miałem iść ale stanąłem w miejscu. Chwila... Coś nie pasuje... Popatrzyłem w prawo. Korytarz. Pełno drzwi. I kwiatków. Popatrzyłem w lewo. To samo. Popatrzyłem na wprost. Wielkie szklane drzwi. I ludzie. Kilka ludzi. Dostrzec można było kobietę koło 30-stki, siedzącą przy stole z gazetą i kawą w ręku. Obok szedł 70-letni dziadek z laską, idący w stronę tarasu. To chyba nie dom... Spojrzałem na drzwi. Był na nich numerek 306. To hotel. Właśnie stoję na środku hotelu w różowym szlafroku. Zmieszałem się i szybko zawróciłem. Chwyciłem za klamkę i przekręciłem. Nic. Jeszcze raz. Znowu nic. 
-Cholera, drzwi zatrzaskowe - wyklinałem pod nosem. - Dobra co teraz... Co teraz.. - rozglądałem się dookoła. Nie mam wyboru.
Podszedłem do drzwi obok z srebrną liczbą 305. To będzie najbardziej upokarzająca chwila w moim życiu. Wziąłem głęboki wdech i delikatnie zapukałem w drewniane drzwi. Usłyszałem zbliżające się kroki. Serce mi zamarło kiedy drzwi się uchyliły wydając cichy skrzyp.
-Dzień dobry, przepraszam że przeszkadzam czy mógłbym... - podniosłem do tej pory opuszczoną głowę i ujrzałem... - Pique?!
Kilka razy przejechał mnie wzrokiem od dołu do góry i tak jak się spodziewałem-wybuchnął śmiechem. Przewróciłem oczami, skrzyżowałem ręce i ze zdenerwowanie tupałem nogą.
-Skończyłeś? - zapytałem lekko zirytowany.
Nie skończył. Długo jeszcze trwało zanim był w stanie wydusić słowo.
-Dobra już. - wytarł łzy z policzków. - Co się stało Pani Fabregas? - próbował opanować śmiech.
-Co ty tu robisz? - zignorowałem jego pytanie.
-Nie pamiętasz? Aż tak się nachlałeś?
-Najwyraźniej... - Nie chciałem mu mówić, co się stało dziś w nocy. 
-Iniesta nie chciał nas zamartwiać podwózką do domu więc wynajął dla wszystkich pokoje w pobliskim hotelu.
-To miło z jego strony. Geri, mogę skorzystać z twojej łazienki?
-Pewnie, wchodź. 
Przekroczyłem próg ich apartamentu. Zobaczyłem Shakirę siedzącą przy stole i zajadającą jajecznice.
-Cześć Francesco. 
-Oh walcie się...
Ruszyłem w kierunku łazienki, a za sobą usłyszałem tylko ciche chichoty znajomych. Zostawiłem uchylone drzwi i podszedłem do umywalki. Oparłem na niej pewnie swoje umięśnione ręce, opuściłem głowę, zamknąłem oczy i uroniłem łzę. Jedną, małą kropelkę słonej łzy, która tyle znaczyła. Dawno nie uroniłem ani jednej. Zapomniałem jak to jest. Zapomniałem jaki ból czuje się w sercu kiedy spływa ona po twoim gładkim policzku, a następnie spada jednostajnie wprost do umywalki, cicho oddając przy tym plusk. To boli. Boli kiedy pomyśli się, że ta łza była zadedykowana jej. Dziewczynie, która tak zaplątała mi w głowie. Pociągnąłem nosem podnosząc głowę i patrząc na swoje odbicie w lustrze. W myślach krążyły mi przeróżne pytania. Kim tak naprawdę jestem? Co mam zrobić? Kim jest dla mnie Sara? A kim Danielle? Co mam teraz zrobić? Czułem jakby zaraz mózg miałby mi eksplodować. 
-Jesteś idiotą. - powiedziałem do swojego odbicia w lustrze, patrząc jak kolejna łza spływa po moim policzku.
-Nie jesteś, misiek. - odwróciłem się energicznie i ujrzałem opartego o framugę drzwi Gerarda. Odepchnął się od nich, a następnie usiadł na brzegu wanny postukując w miejsce obok mnie. - Siadaj.
Posłusznie usiadłem w wyznaczone przez przyjaciela miejsce. 
-Wiem wszystko.
-Skąd?
-Debilu, sam cię wpakowałem do jej łóżka!
Popatrzyłem na niego spod łba lekko niedowierzając.
-Ale... Dlaczego?
-Naprawdę nie wiesz?
-Dobra, wiem, rozumiem. Ale Geri.. Nie możesz sterować moim życiem. To mój statek, ja jestem kapitanem. To ja decyduje czy wypłynę na ląd czy popłynę dalej w nieznaną.
-Ale w takim razie gdzie ty zmierzasz?
-Gdzie mnie fale poniosą.

Oczami Sary
Otworzyłam oczy. pierwsze co poczułam to przeszywający ból głowy. Odruchowo za nią chwyciłam sycząc przy tym zacięcie. Przewróciłam się na drugi bok. Już miałam zamknąć oczy i iść dalej spać ale coś zwróciło moją uwagę. Kołdra. Odsłonięta kołdra, jakby ktoś właśnie z niej wstał. I pomięta poduszka. Odwróciłam głowę. Po całej połowie pokoju porozrzucane były moje ubrania. Zajrzałam pod kołdrę. O nie... Co się stało? Opadłam głową na poduszkę. Wiedziałam że już nie zasnę. Rozejrzałam się jeszcze raz po pokoju. Nie jestem u siebie. Więc gdzie jestem? Kakaowo-beżowe ściany i tony obrazów na nich nadawały temu miejscu miłe ciepło. Więc tak naprawdę gdzie jestem? I kim była tajemnicza postać lężąca obok mnie w łóżku? Odrzucając od siebie kolejne nurtujące pytania, owinęłam się kołdrą, chwyciłam swoje ubrania i wyszłam za drzwi z zamiarem odwiedzenia łazienki. Zamknęłam drzwi i.. chwila.. jestem na holu hotelowym? Jak..? Ehh, nieważne. Muszę szybko wrócić do pokoju. Szarpałam za klamkę ale nic z tego. Drzwi zatrzaskowe. Szlak by to trafił! Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do pokoju obok. Zapukałam, z nadzieją, że zastanę kogoś w środku

Oczami Cesca
Pukanie rozległo się po całym apartamencie.
-Pójdę otworzyć. - wstał i zostawił uchylone drzwi, dzięki czemu wszystko widziałem.
Pociągnął do siebie drzwi, a blade światło rozjaśniło jego ciało. Uśmiechnął się szeroko prowadząc z postacią krótki dialog. Na koniec przytaknął kilka razy i wskazał na pomieszczenie w którym się aktualnie znajduję. Odsunął się na bok, robiąc miejsce. I wtedy ujrzałem ją. Rozpromienioną, owinięta sama kołdrą. Zamieniła jeszcze kilka słów z Pique, przywitała się z Shakirą i ruszyła do łazienki. Stąpała cichutko po panelach swoimi gołymi stopami. Weszła przez uchylone drzwi i uśmiechnęła się jeszcze bardziej kiedy mnie zobaczyła. Kocha mnie.
-Cześć Cesc.
-Hej Sara.
-Ekhem.. Fajny szlafrok.. - zasłoniła usta by nie wybuchnąć śmiechem.
-Następna no! No ludzie, trochę szacunku!
-Już już Francesco nie wolno się denerwować w ciąży! - poklepała mnie po brzuchu.
-W ciąży?! - zrobiłem obrażoną minę.
-Ależ Francesco nie tak gwałtownie! Toż to bardzo szczęśliwa wiadomość!
-Wyglądam w tym bardzo seksownie.
-Co ćpałeś? - zaśmiała się - Od kiedy to facet dobrze wygląda w różowym szlafroku, kotku?
-Spadaj dobra?! - zaśmiałem się wychodząc z łazienki, aby mogła się przebrać.
-Fabregas! Stop! Nie ruszaj sie! - usłyszałem za sobą krzyk Sary. Stanąłem nieruchomo. Usłyszałem jak zbliża się do mnie. Chwila ciszy i... Zarobiłem siarczystego klapsa w pośladki.
-No dżago, teraz możesz iść! - zaśmiała się głośno i zamknęła w łazience. 

________
Cześć cześć wróciłam z odcinkiem :D Znowu taka długa przerwa, przepraszam ._. Za miesiąc będę miała ferie więc coś tam się napisze na pewno :D Mile widziane komentarze, oczywiście C:
WAŻNE: OD NASTĘPNEGO ODCINKA ZMIENIAM IMIĘ 'SARA' NA 'ANIA' (CHYBA WIADOMO CZEMU XD) 

Do następnego misiaki :*

niedziela, 14 października 2012

Part 4

Przypomnienie:
Euro 2012. Po zwycięstwie Fabregas poznaję piękną Sarę. Na ślubie Iniesty okazuje się że jest przyjaciółką pana młodego. Pijani goście wpadają na pomysł zagrać w butelkę co nie wróży nic dobrego dla Cesca.

-------------------

Usiedliśmy w kółku. Pique jak zwykle siedział obok mnie. Zobaczyłem, że zbliża się Sara więc szybko poklepałem wolne miejsce obok mnie. Uśmiechnęła się przyjaźnie, lecz kiedy miała usiąść ktoś ją wyprzedził. Tak, był to nie kto inny jak Danielle. To jeden z tych momentów, kiedy mam ochotę ją udusić. Sara wyglądała na zdziwioną. Ba, bardzo zdziwioną. Patrzyła na nią przez chwilę, potem na mnie i znowu na nią. Przytaknęła sama do siebie, uśmiechnęła się i podeszła do nas. Przykucnęła przy niej i wyciagnęła rękę.
-Witam. Mama Cesca? Sara Black, miło mi panią poznać!
- Oh God... - powiedziałem cicho łapiąc się za głowe.
Danielle przejeżdżała ją wzrokiem od góry do dołu.
-Mama? Mama?! - wstała zdenerwowana. - Ja, drogie dziecko, jestem przyszłą panią Fabregas! - wszyscy z zaciekawieniem przyglądali się tej scence. - I spróbuj tylko się zbliżyć do niego to ci obiecuję że własna matka cię nie pozna. - ostatnie zdanie wypowiedziała przez zęby.
Zadowolona siadła obok mnie i pocałowała mnie cały czas morderczo patrząc na brunetkę. Ona spoglądała na mnie z niedowierzaniem po czym usiadła po drugiej stronie. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię widząc jak wszystkie pary oczu zwrócone są ku mnie.
-Ekhem.. No cóż.. Może zaczniemy grać? - przerwał ciszę Pique.
Wszyscy przytaknęliśmy i zaczął kręcić. Wypadło na Dan.
-Prawda czy wyzwanie?
-Hmmmm... Wyzwanie - uśmiechała się jak głupia.
-Pomyślmy.. - mówiąc to co chwile wrednie na mnie zerkał. - Sara! - popatrzył na nią z uśmiechem i dyskretnie na mnie z zadowoleniem. - Zamieńcię się z nią miejscami.
-Co? - prychnęła. - Nie ma mowy.
-Ej no ona nie stosuje się do zasad! - zrobił minę zbitego psiaka. - Ktoś tu będzie miał karne zadanie.
-Dobra idę. - przewróciła oczami.
Gdy wstała "przypadkiem" nadepnęła mi na nogę. Nawet nie przeprosiła. A po drodze również "przypadkiem" wpadła na Sarę która mało co nie spadła na Ramosa ale ten dzielny bohater złapał ją. Usiadła obok uśmiechając się.
-Znowu się spotykamy.
W odpowiedzi jedynie cicho zachichotała, unikając mojego wzroku
-No Dan, kręć. - popędzał ją Gerard.

Gra była w miarę normalna, do czau. No właśnie - do czasu. Znowu kręcił Pique. Zakręcił butelką uśmiechając się do mnie znacząco. Patrzyłem jak butelka powoli się zatrzymuje a mi robi się coraz bardziej gorąco. I w końcu się zatrzymała. Na Sarę. W myślach wrzeszczałem pzekleństwa które nawet nie wiedziałem że istnieją.
-Ooo Sara. - uśmiechnął się. - Pomyślmy... - wiem że nie musiał mysleć. Od początku to wszystko zaplanował. - Prawda czy wyzwanie?
-Pytanie. - pokazała mu język.
-Ej no... -zrobił minę zbitego szczeniaczka. - Jak mogłaś...
-Przepraszam. - zaśmiała się.
-Dobra. No więc pytanie... - udawał że myśli. Popatrzył na mnie. - Lubisz Cesca?
Spuściłem wzrok. Kiedyś go zabiję. Kątem oka widziałam jak się denerwuje, bawiąc się rękami.
-No... Tak... Lubię. - powiedziała cicho. I niepewnie.
Popatrzyłem na Gerarda który uśmiechał się do mnie triumfalnie.

Mijały godziny a my dalej graliśmy coraz bardziej pijani. Geri kręcił. Ale już się tym nie przejmowałem, byłem zbyt pijany. Właściwie to nawet nie ogarniałem kto teraz kręci. Wszystko przed oczami miałem zamazane.
-I hopsa sa bęc wypadło na Fabsiunia! Zadanie czy wyzwanie?
Tak, Pique był zdecydowanie bardziej pijany niż ja.
-Zadanie czy wyzwanie? Po*ebało cię?
-Aha sorry - śmiał się jak głupi. - Prawda czy wyzwanie?
-A co mi tam. Wyzwanie!
Zaczęli mi klaskać, a ja wziąłem jeszcze pare łyków wódki na odwagę.
-Dobra to ten... Przeliż się z Sarą!
Gdybym nie był pijany pewnie powiedziałbym coś w stylu "Co? Nie!". Ale byłem pijany. I powiedziałem coś innego. Wypiłem całą butelkę wina. Wszyscy krzyczeli "Gorzko, gorzko, gorzko!". I twarz Sary. Coraz bliżej i bliżej. I koniec. Film mi sie urwał.

Otworzyłem oczy. Pierwsze co poczułem to cholerny ból głowy. Odruchowo za nią złapałem, sycząc z bólu. Drugą rzeczą którą poczułem była ręka. Nie moja. Czyjaś. Kobieca. Rozejrzałem się po pokoju. To nie mój dom, ani nie Danielle. Odwróciłem głowę i zobaczyłem ją.

______________
Chciałabym bardzo przeprosić że tyle nie dodawałam odcinka ale po prostu raz nie mam czasu, raz mi się nie chce, raz zapominam że mam tego bloga i jakoś tak... Strasznie mnie zawalają nauką w tym roku i mam mało wolnego czasu. Nawet wczoraj, w sobotę, zakuwałam na fizykę. Ale spróbuję jakoś nadrobić te 3 miesiące bez odcinków. Na początku dodałam krótki tekścik przypomnienia bo domyślam się że po tak długiej przerwie nikt już nie pamięta fabuły :D Więc dziękuję za przeczytania i liczę na wyrozumiałość. 
Pozdrawiam xx

piątek, 20 lipca 2012

Part 3

Minął tydzień i nadszedł wielki dzień. Ślub Iniesty. Czekałem na ten dzień długi czas, widziałem jak pasują do siebie z Anną. Po prostu są jak dwie krople wody...
Jeśli chodzi o mnie i Danielle.. Jest coraz gorzej... Kłócimy się kilka razy dziennie i zawsze jest ona niepotrzebna.. I właśnie zbliża się kolejna.
-Kochanie co ubierasz? - zapytała.
-No ten garnitur co jest na łóżku, zobacz sobie.
-Czyś ty oszalał?!
-Bo?
-Cholera człowieku! Nie widzisz tej plamy na marynarce?!
-Ona jest wielkości ziarenka piasku, poza tym czarna więc i tak nie widać!
-Ale jest! Nie pójdziesz w niej, nie będziesz mi wiochy robił!
-Słucham?! A kto idzie w różowej sukience?!
-Różowy jest modny głąbie!
-Serio? Jakoś ty jedyna będziesz w tym jakże modnym kolorze!
-Zamknij się już cholero jedna codziennie musisz mnie wkurzać?!
-Cholera skończ na mnie krzyczeć! Każdy ubiera co chce i koniec kłótni!
Nie odpowiedziała tylko obróciła się na pięcie i wyszła z pokoju trzaskając drzwiami. Nie wiem co się z nami dzieje, po prostu nie wiem..

***
Ślub minął przyjemnie, widać jacy są ze sobą szczęśliwi. Daniella od czasu kłótni nie odezwała sie do mnie ani razu. Pojechaliśmy do restauracji w której miała odbyć się zabawa.
Zaparkowałem i wysiadłem chcąc zachowac się ak gentelman i otworzyć Danielli drzwi. Lecz kiedy podeszłem do nich, ona z całej siły je otworzyła przez co oberwałem w moje jakże czułe miejsce..
-Oj przepraszam. - uśmiechnęła się wrednie.
-Mhm - próbowałem opanować ból.
Ona trzasnęła drzwiami i przeszła obojętnie obok mnie.
-Daniella!
Odwróciła się wywracając oczami.
-Czego?
-Poczekaj na mnie.
-Pff..
Już chciała odejść ale ja z trudem podbiegłem do niej i złapałem ją za rękę.
-Zostaw mnie! - wrzasnęła wyrywając się mi.
-Dan daj mi dojść do słowa! Tutaj jest pełno paparazzi, chociaż udawajmy że jesteśmy ze sobą aktualnie szczęśliwi, chcesz żeby potem chodziły jakieś plotki?
-Ehhh... Dobra chodź.. - wyciągnęła w moją stronę rękę. Złapałem ją i ruszyliśmy do wejścia.

***
Świetnie się bawiliśmy, naprawdę. Były tańce, zabawy, alkohol. Podszedł do mnie Iniesta, już troche nachlany. Nie dziwne, nie dość że jego wesele to jeszcze późna godzina. Ja jakoś się jeszcze trzymałem.
-Cesc kochanie ty moje chodź tu do mnie! - podszedł do mnie i przytulił mnie. Zdziwiony poklepalem go po plecach.
-Już już - próbowałem go odciągnąć.
-I co jak sie bawisz?
-Zajebiście - uśmiechnąłem się.
-To dopsz. Ej znasz tutaj wszystkich?
-Nie całkiem...
-To chodź przedstawie ci ich!
-Jasne.
Podchodziliśmy po kolei do każdego i witaliśmy się. Szczerze nie miałem na to ochoty, ale nie mogłem odmówić. I nagle zobaczyłem ją. Anioła którego spotkałem na murawie. Stała z jakimiś kobietami i śmiala się w głos ukazując swoje piękne zęby, co chwile popijając lampkę wina. Moje oczy w jednej chwili zmieniły swoją wielkość na pięciozłotówki. Jak się domyśliłem podeszliśmy do nich.
-A to Sara Black, moja stara znajoma z podstawówki.
Dziewczyna odwróciła się w naszą strone usmiechnięta, jednak gdy mnie zobaczyła usta opadły jej z wrażenia.
-O boże Cesc?! - zasmiała się.
-Hej Sara - podrapałem się po szyi śmiejąc się.
-Wow, co za spotkanie..
-No..
-To wy się znacie?! - Andres patrzył raz na mnie raz na Sare.
-Trochę.. - mrugneła do mnie.
-Aha.. Dobra.. Nie ogarniam.. Idę stąd.. - odszedł patrząc daleko przed siebie.
Zostałem z nią sam.
-Tooo.. Co tu robisz? - zapytała.
-Stoję - uśmiechnąłem się.
-Haha, dobra, rozumiem - zasmiała się.
Długa jeszcze gadaliśmy śmiejąc się aż w końcu usłyszałem jak DJ puszcza piosenkę Chrisa Browna - With You. Kochałem ta piosenke.
-Zatańczymy? - wyciągnąłem do niej rękę. Dziewczyna zakrztusiła się winem.
-Jasne! - szeroko się uśmiechnęła.
Weszlismy na parkiet położyłem jej rekę na biodrze a ona mi na ramieniu, drugie ręcę opletliśmy. Przyciągnąłem ją tak, że nasze ciała sie stykały. Patrzyliśmy sobie w oczy tańcząc w rytm bijącej z głośników muzyki. Serce samo prowadziło moje nogi. A co mówiło serce? "Tańcz z nią, tańcz.."
Dopiero po dłuższej chwili przypomnialo mi się o Danielli, ale jakoś nie miałem ochoty teraz zastanawiać sie gdzie jest.

***
Późna godzina. W powietrzu plącze się zapach alkoholu pomieszany z tytoniem. I wtedy Pique wpada na pewien pomysł. Zagrać w butelkę. I tu zaczyna się cała akcja mojego życia.

______________
No :D Odcinek miał byc bardzo długi, ale postanowiłam jednak podzielić go na dwie cześci ;D Także tego.. Akcja rozpocznie się w następnym odcinku kiedy to rozpocznie się gra w butelkę, ktora całkowicie zmieni życia Cesca :D
Komentujcie i jakbyście mogli, to polecajcie : 33
Pozdrawiam i do następnego Xx
EDIT: Przepraszam cię bardzo kochanie, zapomniałam o tej dedykacji >.< no więc dedykacja dla pięknie wspierającej mnie i cudownej Natalii < @natliie > ♥

sobota, 14 lipca 2012

Part 2

Podawaliśmy sobie profesjonalnie piłkę chcąc pokazać Włochom kto tu rządzi. Gdy dostałem piłkę czułem się w swoim żywiole biegłem jak najszybciej do bramki tylko szukając gdzieś moich kolegów. Graliśmy tak przez pierwsze minuty aż w końcu.. 14 minuta. Wszyscy jesteśmy na połowie Włochów, podajemy piłkę coraz bardziej zbliżając się do bramki. Wiedziałem że musze zadziałac więc pobiegłem bliżej bramki, zobaczyłem że piłak leci w moją stronę, przejąłem ją i leciałem pod bramkę jak najszybciej. Otoczyli mnie jednak Włosi i nie wiedząc co robić leciałem dalej na wprost. Potem dopiero zauważyłem że znajdowałem sie już przy białej linii, więc ryzykując wybiłem piłkę na środek. Dopiero gdy zobaczyłem falującą siatkę zoorientowałem się że udało się. Po chwili zobaczylem jak w moja stronę biegnie Silva. O boże udało mu się. Rzucił mi się w ramiona a ja objąlem go w pasie.
-Brawo chłopie! - poczochrałem mu włosy.
Ten nie odpowiedzial, za bardzo cieszył. Pobiegł podzielić się radością z kibicami. Popatrzyłem w stronę Włochów. Byli załamani. Już wiedziałem że puchar będzie nasz.
Graliśmy dzielnie dalej. Szło nam coraz to lepiej, nie pozwalalismy Włochom przejąć piłki.
No i nadeszła 41 minuta i kolejna bramka strzelona przez Albe. Wow. Teraz to dopiero dostaliśmy kopa. Przez te 4 minuty podawaliśmy sobie piłki śmiejąc się w duchu z Włochów.
Usłyszeliśmy gwizdek. Nareszcie. Powoli schodziliśmy z boiska klaskając w stronę widowni. Nagle poczułem jak ktoś wskakuje mi na plecy. To był Silva rozbawiony do łez.
-Fabregas mój mistrzu! - klepnął mnie w pośladki. Wygiąłem się w łuk z bólu.
-Ja? To ty strzeliłeś! - klepnąłem go w policzki.
-Ale bez ciebie bym nie strzelił!
-Och zamknij się! - zaśmiałem się i popchnąłem go lekko.
Weszliśmy do szatni śpiewając na głos hymn Hiszpanii. Podszełem do swojej szafki i wyjąłem butelke wody po czym oblałem się nią. Od razu lepiej. Wziąłem łyka i rzuciłem nią w kont szafki. Ująłem moją koszulkę w dłonie i przejechałem po mokrej od wody i potu twarzy.
-Ulala ktoś tu ostatnio ćwiczył! - usłyszałem znajomy głos. To był Pique.
-Musiałem bo przez te twoje ciągłe wypady na piwo wszystko znikło i musiałem tak jakby zacząć od początku - uśmiechnąłem się wkurzony.
-Oj oj. A jak już jesteśmy przy tym temacie-chcesz iść po meczu na piwo? - zaśmiał się wrednie. Ja jedynie uderzyłem go pięścią w brzuch.
Usiadłem na ławce, podparłem się ramionami na nogach i rozejrzałem się po szatni. Nagle zauważyłem Torresa. Siedział lekko smutny i wysłuchiwał innych jak fascynowali się meczem. Szkoda mi go bylo, naprawdę. Jest genialnym piłkarzem a wylądował na ławce rezerwowych. Nie umiem tak na niego patrzeć więc obmyśliłem plan.
Koniec przerwy, czas rozpocząc drugą połowę. Znowu graliśmy cudownie. 75 minuta. Postanowiłem zrealizować mój plan. Podbiegłem do trenera.
-Chciałbym zmianę - udawałem zdyszanego, ponieważ nie byłem jeszcze zbytnio zmęczony.
-Dobrze. Mata! Wchodzisz!
-Nie! Proszę, niech Torres wejdzie!
-No..Dobrze.. - zdziwił się. - Zmiana planów! Torres rusz dupe zaraz wchodzisz!
Zadowolony wróciłem na chwile na boisko. Zobaczyłem jak podniesiona zostala tabliczka z naszymi numerami. Podbiegłem tam, klaskając po drodze do publiczności. Gdy byłem już niedaleko widziałem jaki Torres był szczęśliwy. Cieszyłem się razem z nim. Podszedłem do niego i przytuliłem go.
-Wierzę w ciebie. - powiedziałem przypominając sobie słowa małego Jake'a.
-Dzięki stary. - szepnął mi na ucho i wbiegł na boisko, a ja zadowolony usiadłem obok Maty.
Minęło kilka minut a Fernando już wbił gola. Wiedziałem że mnie nie zawiedzie. Taka sama sytuacja byla z Matą. Wszedł na boisko i minute później wbił gola, powodując zmianę wyniku  na 4:0.
Kiedy usłyszeliśmy gwizdek sygnalizujący koniec meczu zerwaliśmy się z miejsc ciesząc się chwilą. Pobiegłem na środek by dołączyć do skaczących i śpiewajacych kolegów z drużyny. Słyszałem jedynie haos i krzyki radości na widowni.
Długo dlugo baardzo długo trwała ta radość. Nagle zobaczyłem Jake'a. Skakał w różnych serpentynach i innych takich pierdołach. Podszedłem do niego i przykucnąłem przy nim. Gdy mnie zobaczył rzucił mi sie na szyje.
-Wygraliście! Wygraliście! - krzyczał tym swoim słodkim głosikiem.
-Wiem! A to wszystko dzięki tobie! - podnioslem go do góry i kręciłem się z nim naookoło. Nie miałem z tym problemów, ponieważ był leciutki.
-Jake! Chodź tutaj! Pozwól panom się cieszyć! - usłyszałem kobiecy delikatny głos, który powodował ciarki na moim ciele. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem przepiękną długowłosą brunetkę z twarzą anioła. Jake zeskoczył ze mnie i podniegł do niej. Chwyciła go za rączkę i podeszła do mnie.
-Przepraszam pana za niego.. - zasmiała się lekko ukazując swoje śnieżnobiałe równe zęby.
-Prosze, mów do mnie Cesc - usmiechnąłem się. - I nic nie szkodzi, kocham tego malucha! - zaśmiałem się i przybiłem z nim piątkę.
-Widać że masz świetny kontakt z dziećmi! Pozwól że się przedstawie. Sara Black, pracuje jako opiekunka Jake'a.
-Miło mi poznać.
-Mnie również. Emm.. Chyba ktoś tam cię woła. - wskazała palcem za mnie. Obróciłem się i zobaczyłem Pique machającego do mnie ręką.
-Muszę iść.
-Rozumiem rozumiem, przecież musicie się nacieszyć zwycięstwem! Och i gratuluje - uśmiechnęła się.
-A dziękuję - odwzajemniłem go. - A ty mały - przykucnąłem. -Obiecaj mi że będziesz sie słuchał Pani Black i rodziców dobrze? - mały pokiwał głową. - I będziesz nam kibicował tak? - pokiwał jeszcze mocniej. - No i to rozumiem! - pocalowałem go w czoło. Już miałem odejść ale mały złapał mnie za nogę.
-A ty obiecaj że jeszcze się zobaczymy. - popatrzył na mnie wielkimi oczami.
-Obiecuję. - odpowiedziałem, niepewny swoich słów.
Teraz mogłem odejść. Podbiegłem do chłopaków.
-No nooo co to za dziunie wyrwałeś? - podniósł brew Gerard.
-Co? Że Sara? Co ty, to tylko opiekunka Jake'a!
-Tylko? Chłopie widziałem jak na nia patrzysz!
-Daj spokój.. Poza tym mam Danielle.
-No tak, bo przecież ona jest najważniejsza.
-Znowu zaczynasz?
-Dobra dobra, sorry. Lepiej chodź do reszty.
Potem odebraliśmy medale i puchar, porobiliśmy zdjęcia i świętowaliśmy dalej. Ja jednak reszte dnia myślałem jedynie o Sarze. Nie wiem dlaczego. Dlaczego? Przecież chodzę z Daniellą. Boże, czemu? Co się ze mna dzieje? Próbowałem już sobie tym bardziej nie zaśmiecać glowy i cieszyć się chwilą. Jednak łatwe to nie było

______
Okej powiem tyle że ten odcinek wyszedł beznadziejnie. W ogóle mi sie nie podoba. Jest jakiś taki.. no dziwny, bez sensu.
Komentujcie, bo wasza opinia jest dla mnie najważniejsza :D Dziekuje za tyle wejść, nie spodziewałam się tego :O
Jeśli chcesz żebym cie informowała o nowych rozdziałach napisz w komentarzu swój nick z twittera :) Mój: @Anna1DMalik_xx
Za wszelkie błędy przepraszam, mam angielską przeglądarke i podkreśla mi się wszystko :D
No to komentujcie, poleajcie, obserwujcie, cokolwiek C: xx

piątek, 13 lipca 2012

Part 1

Teraz tylko jak najszybciej na parking. Mijałem ludzi jak szalony, aż w końcu dotarłem. "Fuck!" przeklnąłem głośno widząc liczbę aut. Jak zwykle. I teraz pamiętaj gdzie zaparkowałeś... Wyjąłem kluczyki co chwile klikając przyciski i nasłuchując jakichkolwiek dźwięków. W końcu zobaczyłem migajace światła mojego czarnego Audi RS6. Nareszcie. Otworzyłem drzwi i usiadłem na miejscu kierowcy. Do moich nozdrzy doszedł zapach odświerzacza powietrza. Uwielbiałem go. Może dlatego ze dostałem go od mamy przed wyjazdem. Zapiąłem pasy i uruchomiłem silnik. Jechałem prostą drogą jak najszybciej mogłem. Wiedziałem że trener i chłopaki mnie zabiją... Mijałem drzewa, budynki, pola, lasy aż w końcu dotarłem do stadionu w którym mieliśmy mieć trening. Zaparkowałem po czym sprintem pobiegłem do wejścia.
-Przepraszam. Za. Spóźnienie. - mówiłem z przerwami, dysząc ze zmęczenia.
-Fabregas do cholery jasnej czy ty wiesz która godzina?! - krzyczał trener.
-Tak wiem przepraszam pana..
-Idź się przebrać! W tej chwili!
-Tak jest.
Pobiegłem do szatni. Przebrałem sie w mój strój w barwach hiszpanii, po czym nałożyłem na niego szarą pelerynke z nadrukiem o Euro. Zawiązałem korki i truchtem pobiegłem z powrotem na stadion. Od razu przywitał mnie zimny wzrok trenera. Spuściłem głowę  podbiegłem do Gerarda który już na mnie czekał. Przywitałem się z nim i zaczeliśmy rozgrzewke.
-Stary nieźle se nagrabiłeś.. - powiedział z wrednym uśmieszkiem.
-Zamknij się...
-Ja tylko mówię. Masz przejebane chłopie.
-Powiedziałem zamknij się! - powoli zaczynał mnie denerwować.
-Dobra dobra. Już. Skończyłem.
-Cieszę się.
-Za niedługo ślub Iniesty prawda?
-No.
-Już wiesz z kim pojdziesz?
-No z Daniellą a niby z kim?
-Stary..
-Co? Znowu masz z nia jakiś problem?!
-Ej ja po prostu tego nie widzę.. Jest od ciebie 11 lat starsza, ma swoją 2 dzieci.. I nie obraź się ale powiem to znowu - nie widać żeby cię kochała.
-A ja ci znowu powiem - odpierdol się od mojego życia prywatnego!
-Jezu, chłopie nie denerwuj się tak.. Chciałem ci dać dobrą radę jak przyjaciel ale widzę że z tobą nie da się normalnie gadać...
-Możemy gadać, proszę. Ale nie o Danielli. Mam dość twoich uwag na jej temat.
-Dobra, spoko, luz, przepraszam.
-Dziękuję.
Resztę rozgrzewki spędziliśmy w ciszy.
Dobra, może fakt Daniella nie jest idealna. Ale ją kocham. Kocham ją ponad życie i ona chyba też. CHYBA. Boże co ja gadam, czemu ja wierzę Pique...
-Dobra. A teraz każdy potrenuje swoje. Casillas na bramkę, a reszta ustawić się dwójkami naprzeciwko siebie i ćwiczymy jak zawsze. Raz raz! Nie ma czasu!
Ustawiłem sie z Pique naprzeciwko i podawaliśmy sobie piłke. Potem każdy pokolei strzelał do bramki, a Casillas bronił. Trening jak trening.
Godzina 20:45 zbliżała się wielkimi krokami, a stres rosnął z każdą minutą. Wszyscy bylismy pewni wygranej jednak nerwy były naturalne.
Minęła 17.00 , 18.00 , 19.00.. Aż w końcu wybiła 20:30. Upragniona godzina. Chwyciliśmy dzieci za ręce i stanęliśmy w rządku powoli wychodząc do korytarza. Otoczyły nas kamery. Słyszałem krzyki na stadionie. Czułem moje szybko bijące serce. To jest właśnie to coś co kocham. Nagle poczułem jak coś ciągnie mnie za rękaw. To był Jake, chłopiec którego trzymałem za rękę.
-Wierzę w was. - powiedział cichutkim głosikiem. W odpowiedzi jedynie uśmiechnąłem się i pocałowałem go w czubek głowy.
Z głośników rozbrzmiał glos komentatora, a my zaczęliśmy wychodzić. Oślepiające światła reflektorów zmusily mnie do zmrużenia oczu. Ustawiliśmy się w rzędzie i zaspiewaliśmy nasz hymn. Potem rozbrzmiał hymn Włochów aż wreszcie czas wystartował razem z meczem.

__________
trochę krótki ale to dopiero początek :D Może teraz trochę nudne ale historia się dopiero zaczyna więc nie zniechecajcie się przez ten odcinek :)) Komentujcie :D Follow me on twitter: https://twitter.com/Anna1DMalik_xx :))

czwartek, 12 lipca 2012

Prolog

Kolejny dzień. Kolejne promienie słońca wpadające do mojego pokoju. Kolejna pobudka. Otwierałem powoli oczy. Przetarłem je, po czym podniosłem się lekko i oparłem na łokciach. Kolejny słoneczny dzień, który daje mi nadzieję na przyszłość. Tak. Dzisiaj wielki dzień. Finał UEFA Euro 2012. Czy jestem pewny wygranej? Tak, zdecydowanie, jestem jak najbardziej pozytywnej myśli. Usiadłem na brzegu mojego jakże wygodnego łóżka. Przeciągnąłem się, ubrałem klapki i wstałem, po czym porobiłem trochę ćwiczeń. Zszedłem na dół, zrobiłem sobie gofry i usiadłem na kanapie przeglądając zdjecia z rodziną. Tak bardzo za nimi tęsknię. Po chwili coś zawibrowało na stole. To był mój telefon. Na ekranie pojawiło się zdjęcie mojego najlepszego przyjaciela - Gerarda Pique.
-Chłopie gdzie ty jesteś trening się już zaczął!
Spojrzałem na zegarek. "O cholera" pomyślałem i bez słowa się rozłączyłem. Ubrałem jakieś stare rozciagnięte dresy i szarą bluzkę po czym wybiegłem z domu po drodze wiążąc moje czarne trampki.

Jestem Cesc Fabregas, a tu zaczyna się moja nędzna historia.

___________________
I jak? :D Przepraszam, nie wiem czy dobrze wyszło czy nie xd Jeśli macie jakieś wątpliowości lub problemy piszcie w komentarzu, postaram się to poprawić :) Liczę na szczere opinie! :)

Witam x

Założyłam tego bloga tak z nudów :) Postanowiłam napisać opowiadanie o moim ulubionym piłkarzu Cescu Fabregasie :D Nie wiem co z tego wyjdzie, ale spróbuję ;D to do przeczytania :3
Mój twitter: @Anna1DMalik_xx ;)